Miasto - Tygodnik Koszaliński

Mam żeńską końcówkę i nie waham się jej używać

 Katarzyna Czarkowska :: Fot: Magda Pater

Rozmowa z Katarzyną Czarkowską, koszalińską radną, kierowniczką filii 9 Koszalińskiej Biblioteki Publicznej, feministką i pomysłodawczynią projektu promującego feminatywy.

Jadąc przez Polskę podczas kampanii wyborczej, zauważyłam plakat, na którym była pani podpisująca się: „kandydatka na posła”. Trochę to niekonsekwentne, prawda? Albo kandydatka na posłankę albo kandydat na posła.
- Zetknęłam się z czymś jeszcze zabawniejszym. Słuchałam debaty przedstawicieli różnych partii w radio. Była tam polityczka, która mówiła o sobie, że jest: „posłem”, „politykiem” i jednocześnie, że jest „członkinią partii”, widocznie słowo „członek” nie przeszło jej przez usta. Profesor Jan Miodek zwrócił uwagę na sformułowanie „redaktor naczelna”, pyta - co to jest? On redaktor, ona naczelna. Pani jest redaktorką naczelną czy redaktorem naczelnym? Taka wolta językowa, żeby wilk był syty i owca cała. To jest błędne używanie języka.

Dlaczego część kobiet nie chce mówić o sobie jestem: lekarką, dyrektorką, prezeską. Moja koleżanka, prowadząca dużą firmę, woli żeby zwracano się do niej „pani prezes” zamiast „prezeska”. Skąd ten opór również u mężczyzn, żeby stosować żeńskie końcówki?
- Z różnych przyczyn. Przyzwyczajenia, braku refleksji, tego że uważa się to za nieistotne lub śmieszne, chęci dodania sobie powagi i prestiżu. Jeżeli w preambule Konstytucji byłoby napisane, że obywatelki, dla obywatelek, obywatelkom, to byłby krzyk, że mówimy o połowie społeczeństwa, a jak mówimy w męskiej formie: obywatele, to okazuje się, że mówimy również o kobietach, bo tak zwyczajowo się przyjęło. W używaniu feminatywów chodzi między innymi o szacunek do siebie, swojej płci, zawodu, zajęcia czy funkcji, ale również do języka polskiego.

Jak to się stało, że zapomnieliśmy o żeńskich końcówkach, których tradycja sięga XIX wieku? W okresie międzywojennym nie było problemów z ich stosowaniem.
- Wcześniej też nie, mimo że prawa kobiet były ograniczone. W „Słowniku Języka Polskiego” Samuela Lindego, wydawanym w latach 1807-1814, żeńskie hasła, czyli feminatywy, były osobnymi hasłami i nikomu to nie przeszkadzało, nikt się temu nie dziwił. Chociaż kobiety nie mogły wejść do polityki, było hasło „polityczka”, używane w stosunku do pani, która była dobrą dyplomatką, potrafiła poradzić sobie w życiu domowym i towarzyskim. Feminatywy były naturalne, chociaż kobiety były wykluczone z życia publicznego, politycznego i zawodowego, ale język był traktowany poprawnie. W pierwszej połowie XX wieku to też było naturalne, bo wtedy dbało się o kulturę języka polskiego. Oczywiście, że kobiet pracujących, studiujących, wykonujących zawody zarezerwowane dla mężczyzn było mało, na przykład lekarek, prawniczek, ale używało się żeńskich końcówek. Było na przykład słowo: strzelczyni – bo były związki strzeleckie dla kobiet.

Językoznawca, prof. Mirosław Bańko w jednym z wywiadów mówi, żeńskie końcówki popadły w niełaskę w okresie PRL-u. Zaczęto wtedy stosować w stosunku do kobiet końcówki męskie, żeby je „dowartościować”, bo zgodnie z Konstytucją kobieta miała równe prawa z mężczyzną, a socjalizm przyniósł im tzw. równouprawnienie. Dzisiaj z kolei, używanie feminatywów wiele osób stara się wykpić. Anna Dryjańska z Fundacji Feminoteka mówi, że na Wikipedii nie ma żadnego problemu z żeńską końcówką "prostytutki", "pielęgniarki" i "salowej", czyli zawodami kojarzącymi się z niskim statusem społecznym i z niską płacą. Zawody związane z prestiżem zapisywane i mówione są w męskiej formie. Jak sądzisz, dlaczego tak się dzieje? Dlaczego tak wiele osób upiera się przy męskich końcówkach?
- Końcówki żeńskie traktowane są jak neologizmy, nowomowa czy nowotwory językowe. Jak powiedziałaś, nic bardziej mylnego. PRL w ramach źle pojętego równouprawnienia wprowadził do języka oficjalnego i urzędowego formę męską jako normę. Teraz jesteśmy z nią osłuchani , w dalszym ciągu w języku oficjalnym i mediach są one na porządku dziennym, co nie znaczy, że są one używane poprawnie. Prosty przykład: tylko dlatego, że wiele osób mówi: „wziąść” mam też tak zacząć mówić?Nie jesteśmy przyzwyczajeni i np. architektka, naukowczyni, biolożka brzmią, jak twierdzą niektórzy, nienaturalnie lub śmiesznie. Może dlatego, że rzadko ich używamy. Może obawiamy się wyśmiania?Podobnie jest z nazwą zawodu – sędzia. Forma żeńska to sędzina. Niektórzy kpią, że sędzina to żona sędziego. Tak było kiedyś, kiedy kobieta nie mogła wykonywać tego zawodu, nie mogła być prawniczką, bo mogła być tylko żoną sędziego. Nikomu nie przeszkadza nazwa zawodu krawcowa, która to pierwotnie była żoną krawca, a kobietę szyjącą zarobkowo nazywano krawczynią. Przeciwnicy żeńskich rzeczowników jako argument przytaczają fakt, że np. pilotka to czapka, i nie może być używane jako nazwa zawodu, który wykonuje kobieta. Dlaczego zatem kosmetyczka, która jest małą torebką do przechowywania kosmetyków, jest również powszechnie i bez sprzeciwu używaną nazwą zawodu? A pilot jest też urządzeniem do sterowania sprzętem elektronicznym lub zwiastunem filmu.
Jako dzieci mówimy naturalnie, potem następuje proces uczenia, wdrukowuje się nam różne stereotypy. Uświadomiła mi to sytuacja związana z moja pracą, kiedy prowadziłam zajęcia z przedszkolakami. Robiłam inscenizację bajki o Czerwonym Kapturku. Z prawej były Kapturki, z lewej babcie, były wilki i myśliwi. A, że były same dziewczynki, kilka z nich została myśliwymi. I jedna z nich cały czas spóźniała się, więc zwróciłam jej uwagę: - To twoja kolej, przecież jesteś myśliwym. A dzieci na to: - Proszę pani, ona nie jest myśliwym, tylko myśliwą. Dzieci po prostu to wiedzą.
Nie jestem językoznawczynią i nie chcę być autorytetem polonistycznym, ale umiem posługiwać się językiem polskim i szanuję go. Nie lubię niechlujstwa językowego. Temat feminatywów zgłębiam systematycznie, a wszystkich którzy mają wątpliwości jakiej, właściwej formy użyć, odsyłam do słownika stworzonego przez wrocławskie językoznawczynie: „Słownik nazw żeńskich polszczyzny” pod red. Agnieszki Małochy-Krupy.

Zdarza ci się zapewne spotkać z zarzutem, że jest tyle poważnych problemów do rozwiązania, w sferze związanej z kobietami, że akurat żeńskie końcówki nie są aż tak istotne.
- Oczywiście, można powiedzieć, że są większe problemy, na przykład zarobki. Przy okazji, bo to temat na inną rozmowę, przeczytałam niedawno, że pensje kobiet i mężczyzn mają szansę na zrównanie w 2142 roku. Tak, to są bardzo istotne kwestie, ale język, w którym nie ma kobiet, jest też jednym z elementów wykluczających. Pamiętajmy jedno: wykluczenie z języka wiąże się z wykluczeniem ze sfery prawnej i publicznej oraz przyzwoleniem na dyskryminację, a upowszechnianie feminatywów w języku potocznym otworzy drogę do stylu oficjalnego i powiększy obszary charakteryzujące się symetrią płci.

I właśnie dlatego wymyśliłaś projekt dotyczący feminatywów?
- Tak, bo jestem ich orędowniczką od dawna. Zaczęłam na to zwracać uwagę lata temu, kiedy jakaś dziewczyna argumentowała, że nikt nie będzie jej traktował poważnie, jeśli będzie o sobie mówiła „psycholożka”. Czyli to nieważne, ile wiedzy, zaangażowania czy doświadczenia ma i czy jest profesjonalistką, tylko z automatu jako „psycholog” zyska poważanie? Dla mnie to raczej problem z niską samooceną. Myślę, że nie zdajemy sobie sprawy, jak słowa wpływają na rzeczywistość , gdyż to co niewypowiedziane nie istnieje, bo pozostaje niezauważone.
Trochę to smutne, jeśli naukowczynie z dużym dorobkiem i autorytetem zawodowym uważają, że powinny mówić o sobie w rodzaju męskim. Któremu facetowi przyszłoby do głowy powiedzieć, jestem pielęgniarką czy aktorką? Poza tym, nawet w zawodach sfeminizowanych kobiety chcąc sobie dodać powagi mówią o sobie jako o mężczyznach np. jestem nauczycielem. Nie dziwię się, kiedy nauczycielki przedszkolne nie chcą być nazywane „ciociami”, ale nauczycielkami są jak najbardziej.

O co chodzi w tym projekcie i do kogo jest skierowany?
- Projekt jest realizowany w ramach „Społecznika”, więc nie potrzeba na niego dużo pieniędzy. Chodzi w nim o to, żeby w przestrzeni publicznej pojawiły się krótkie informacje dotyczące żeńskich końcówek i kilka chwytliwych haseł. A skierowany jest do wszystkich. Chcę zwrócić uwagę, że to są błędy językowe, powodowane również stereotypami. Chodzi o to, żeby ludzie się z tym opatrzyli, oswoili, zauważyli, że być może warto zmienić przyzwyczajenia językowe. Chciałabym, żeby kobiety zaczęły istnieć w języku, bo my nie istniejmy szczególnie wtedy, kiedy coś zaczyna być za bardzo poważne i ważne. Wtedy zostajemy troszeczkę z tyłu, mówi się nam: „Nie przesadzajmy z tą poprawnością polityczną, wszędzie się pchacie”, ale skoro mamy prawo wykonywać skomplikowane i trudne zawody i nie jest wstydem, że kobieta taki zawód wykonuje, to dlaczego tego w pełni nie docenić?

Na czym konkretnie twój projekt będzie polegać?
- Rozpoczynamy spotkaniem, na którym projekt zostanie zaprezentowany. W trakcie spotkania przewidziana jest dyskusja na temat feminatywów. Sam projekt to przede wszystkim różnego rodzaju gadżety, ulotki, torby, bransoletki, przywieszki, plakaty i ulotki, które pojawią się w mieście. Bo na przykład torbę wszędzie nosimy, więc będzie ją widać, zakładki do książek, przekłada się, zerka na nie. Jeżeli wpadnie komuś w oko chwytliwe hasło, to może zapamięta, zastanowi, uśmiechnie, wyśmieje czy zaśmieje, ale jeżeli to wywoła jakąkolwiek refleksję, to już będzie dobrze. Wszystko zaczyna się od pierwszego kroku, od jednej myśli. Ulotki, plakaty i zakładki będą dostępne w różnych miejscach, w bibliotece głównej i filiach, mam nadzieję, że także w innych miejscach użyteczności publicznej. W listopadzie będzie wydarzenie na Facebooku, wtedy podamy datę i miejsce spotkania, podczas którego będzie można porozmawiać o feminatywach.

Rozmawiała Magda Omilianowicz

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Mam żeńską końcówkę i nie waham się jej używać