Miasto - Tygodnik Koszaliński

Czworonożni (i nie tylko) żołnierze

 Niedźwiedź Wojtek :: Fot: Imperial War Museum

Dziś coś dla miłośników zwierząt. Jak się okazuje, to nie tylko milusińskie czworonogi i domowi pupile. Podczas działań wojennych byli pełnoprawnymi żołnierzami i nierzadko ratowali życie żołnierzom. Nie ma w Polsce chyba osoby, która nie kojarzyłaby psa Szarika z „Czterech Pancernych…”. Psy dokonywały tak niezwykłych wyczynów, że śmiało można postawić hipotezę, że Szarik czerpał pierwowzór z rzeczywistości.

Na frontach II wojny światowej pomimo wszechobecnej mechanizacji nie zaprzestano wykorzystywania zwierząt. Wszędzie tam, gdzie brakowało paliwa albo zbyt niska temperatura unieruchamiała pojazdy, korzystano z koni jako zwierząt pociągowych oraz środka transportu. Nasi ułani stali się symbolem września ’39, a do końca wojny w armii radzieckiej istniały jednostki kawalerii. Stopień motoryzacji Wehrmachtu do 1945 r. uległ degradacji do tego stopnia, że widok konnego zaprzęgu był częsty. Jednak wśród zwierząt zdarzali się prawdziwi bohaterowie, „towarzysze broni” żołnierzy.

 

Psi rekruci
Psy były wykorzystywane między innymi przez Wojsko Polskie w 1939 r. (służyły do ciągnięcia taczanek z kablami łączności) i przez Sowietów. Aczkolwiek tam sposób ich wykorzystania był zdecydowanie niehumanitarny. Szkolone psy określano jako „psy wojny” – trenowano je, by wbiegały z ładunkami wybuchowymi pod niemieckie czołgi. Los zwierzęcia był łatwy do przewidzenia. Taki środek walki zastosowano po raz pierwszy podczas bitwy pod Kurskiem. Psi żołnierze wielką furorę zrobili w USA, gdzie ludność cywilna powierzyła armii ponad 50 000 psów. Każdy z nich miał swoje papiery, poddawano go szkoleniu i następnie decydowano o sposobie służby: przenoszenie wiadomości, wyszukiwanie ładunków wybuchowych, transport kabli telefonicznych itd. O dokładności treningu niech świadczy fakt, że aby zapobiec psiemu szczekaniu, (np. gdy trzeba było zachować ciszę w pobliżu wroga), właściciel psa ściskał mocniej kaganiec, a pies łapą sygnalizował niebezpieczeństwo. W 1942 r. pierwsze psy przydzielono oddziałom piechoty morskiej. Podczas wojny na wyspach Pacyfiku sprawiły się znakomicie, potrafiły bez problemu wyczuć ukrywających się żołnierzy wroga. Zwłaszcza podczas bitwy o Guam w 1944 r., gdzie wykorzystano dobermany i owczarki niemieckie. Spośród 72 psów, zginęło w walce aż 25 doskonale wyszkolonych czworonogów. Jako ciekawostkę warto dodać, że nawet podczas wojny w Wietnamie, US Army dysponowała ponad 4 000 psów.

Przykładem psiego męstwa może być pies Chips. Podczas walk o wyzwolenie Sycylii w 1943 r. żołnierze alianccy zdobywali linię bunkrów, gdy Chips w trakcie szturmu dał susa do przodu i wsadził łeb przez otwór strzelniczy. Złapał żołnierza obsługującego karabin maszynowy za ramię, a nim zaskoczony Włoch zdążył zareagować, pies wyciągnął go na zewnątrz. Załoga bunkra próbowała pomóc swojemu koledze, co wywołało zamieszanie. Tę przerwę w ostrzale wykorzystali Amerykanie, którzy podbiegli już pod bunkier i wzięli do niewoli całą załogę. Tego samego dnia odważny Chips sam jeden rzucił się na grupę dziesięciu włoskich żołnierzy, którzy kompletnie zaskoczeni takim atakiem, poddali się nadchodzącym Amerykanom. Chipsa doceniono, przyznając mu Krzyż za Wybitną Służbę, Srebrną Gwiazdę, a nawet Purpurowe Serce.

Niedźwiedź Wojtek
W czasie zażartych walk o Monte Cassino Polacy z 22. Kompanii Zaopatrzenia Artylerii mieli niezwykłego sprzymierzeńca. Wielokrotnie pomagał im niedźwiedź o imieniu Wojtek, który nawet podczas ostrzału wroga przenosił skrzynie z amunicją. Zwierzę trafiło do II Korpusu przez przypadek. Gdy umową Sikorski-Majski Stalin zezwolił na utworzenie polskich sił na terenach ZSRR, rozpoczęła się żołnierska tułaczka ponad 40 000 żołnierzy i 26 000 cywilów. Srogą zimę na stepach Azji Środkowej spędzali pod namiotami w temperaturze sięgającej do -50 stopni Celsjusza. Następnie ewakuowano ich do Iranu, gdzie uformowano 5. Kresową Dywizję Piechoty oraz 3. Karpacką Dywizję Piechoty. Celem ostatecznym Polskich Sił Zbrojnych był Liban. I tak podczas przekraczania gór między Irakiem a Iranem, w okolicy Hamadanu-Kangavaru Polacy spotkali wycieńczonego chłopca, którego nakarmili. Jeden z żołnierzy zauważył w międzyczasie, że z plecaka chłopca wysuwa głowę mały, włochaty zwierzak – 8 tygodniowy niedźwiedź brunatny. Okazało się, że chłopak znalazł niedźwiadka w jakiejś grocie, ale zwierzę było słabe i bez szans na przetrwanie, gdyż straciło matkę. Któryś z żołnierzy zaproponował, że odkupi niedźwiadka. Chłopiec zrazu kręcił głową, ale widok długopisu, który zamieniał się w nóż, go przekonał. Od razu też niedźwiadka nakarmiono. Łapczywie wypił całą butelkę mleka rozpuszczonego w wodzie. Gdy mały futrzak zaspokoił już głód, ułożył się w ciepłym miejscu koło jednego z żołnierzy – Piotra. Od tej pory, zawsze już go szukał. Pozostało wymyślić niedźwiedziowi imię. Ktoś zaproponował „Wojtek” – i tak już pozostało. Niedźwiadek szybko rósł, stał się maskotką oddziału. Zasmakował też w piwie. Podczas przemarszów i parad Wojtek szedł jak równy z wojskiem, na swoich dwóch łapach.

Potem przyszło Monte Cassino. Podczas transportu Polaków z Aleksandrii do Włoch nie obyło się bez niespodzianek, aby Wojtka uznano za pełnoprawnego żołnierza, należało wyrobić mu odpowiednie dokumenty, włącznie ze zdjęciem. W toku walk o zdobycie Monte Cassino problemem było dostarczanie zaopatrzenia walczącym oddziałom alianckim. Wąskie i strome ścieżki nie pozwalały na transport inny niż mułami. Gdy polscy żołnierze wyładowywali kolejną skrzynię z ciężarówki, aby umieścić ją na grzbiecie muła, podszedł do pojazdu Wojtek. Stanął na tylnych łapach, przednimi próbując w „ludzki sposób” objąć skrzynię. Na próbę przymocowano mu ją do grzbietu, żeby sprawdzić, jak będzie się zachowywał. Niedźwiedź spisał się w tej roli dzielnie. Podczas transportowania ciężkich pakunków ani razu nie zawiódł swoich współtowarzyszy.

Po zakończeniu walk Polaków przewieziono do Wielkiej Brytanii. Tam razem z Wojtkiem odbyli w Glasgow piękną paradę, ale na tym miał się skończyć ich czas wojaczki. W 1947 r. Wojsko Polskie zostało zdemobilizowane. Tymczasem Wojtek zyskał dużą sympatię brytyjskiego społeczeństwa oraz popularność. Na początku chciano go po prostu wypuścić do lasu, ale ostatecznie trafił do zoo w Edynburgu. Tam był licznie odwiedzany przez Brytyjczyków, również dawni towarzysze broni o nim nie zapomnieli. Niestety, z upływem czasu wizyty stawały się rzadsze. Niedźwiedź, mimo że był ulubieńcem dzieci i zwiedzających, w zoo źle znosił monotonię i popadł w apatię. Zmarł w 1963 r., w wieku 22 lat. Dyrekcja zoo ufundowała mu tablicę pamiątkową. Pomnik Wojtka stoi też m.in. w Imperial War Museum w Londynie. Ostatnio ukazała się nawet książka na jego temat. Historia Wojtka to piękna opowieść o przyjaźni i odwadze człowieka i zwierzęcia.

Kura ląduje pod Arnhem
Wydaje się to niewiarygodne, a jednak! Pod Arnhem razem ze spadochroniarzami 4. brygady 1. Brytyjskiej Dywizji Powietrznodesantowej, w dniu 18 września 1944 r., wylądowała kura. Należała do porucznika Pata Glovera. Myrtle, bo tak się nazywała, była rudą kurą, która nie bała się przeprowadzać ze swoim panem symulowanych skoków spadochronowych. Pod koniec treningów Myrtle dzielnie machając skrzydłami pokonywała nawet 100 metrów, a przy lądowaniu cierpliwie czekała na swojego właściciela. Kura stała się dumą brygady i miała na gumce umocowaną odznakę spadochroniarza. Operacja „Market-Garden”, zaplanowana przez Montgomery’ego, miała otworzyć aliantom drogę przez Holandię tak, by mogli przekroczyć Ren, co pozwoliłoby zakończyć wojnę jeszcze w 1944 r. Nastał dzień zrzutu. Drogę z samolotu na miejsce zrzutu kura przebyła w plecaku Glovera, który zaraz po wylądowaniu ją wypuścił, chcąc sprawdzić, czy nic się jej nie stało. Ponieważ jednak rejon lądowania znalazł się pod ostrzałem Niemców, spotęgowało to jeszcze nieład organizacyjny. Porucznik Glover przekazał zwierzę swojemu koledze – Joe Scottowi, a sam ruszył na pomoc wiszącemu na drzewie spadochroniarzowi. Po zebraniu wszystkich ocalałych członków 4. Brygady, pomaszerowano do Arnhem, gdzie znajdowała się większość brytyjskich skoczków spadochronowych. Nastąpiły dni zaciekłych walk. Brytyjczycy zamknięci w Arnhem oczekiwali nadchodzącego z południa 30. Korpusu, a Niemcy tymczasem wszystkimi możliwymi środkami starali się zgnieść Brytyjczyków.

Zarówno Glover, jak i Scott ani na chwilę nie spuszczali z oka Myrtle, przechowując ją w plecaku. Jednak w ferworze walki Scott nieopatrznie na chwilę położył plecak z kurą na brzegu okopu. Nim Glover zdążył zareagować, jedna z zasypujących pozycje spadochroniarzy kul przeszyła plecak i trafiła Mytrle. Nocą pochowano kurę w pobliskim zagajniku. „Myrtle była dzielna do samego końca” – podsumował Scott.

Gołębica Mary
Mary stała się symbolem odwagi gołębia pocztowego. Odznaczono ją prestiżowym Dickin Medal za poświęcenie, z jakim przenosiła w 1945 r. meldunki pomiędzy Wielką Brytanią a francuskim ruchem oporu. Podczas jednej z takich wypraw, dzielny ptak dotarł do Exeter poraniony, z widocznymi śladami ataku drapieżców. Wykorzystywanie gołębi pocztowych znane było od dawna i zarówno Niemcy, jak i Brytyjczycy szkolili sokoły do walki ze skrzydlatymi gońcami. Podczas II wojny światowej nad okupowaną Francją alianckie samoloty zrzucały w skrzynkach gołębie pocztowe, a francuski ruch oporu odsyłał je z wiadomościami zawartymi w zamocowanych obrączkach. Dostrzegli to naziści i poza wyszkolonymi sokołami, rzucili do walki swoich snajperów. Z kolejnej misji, z obszaru Niemiec, Mary wróciła ze śladami ataku sokołów, śladami śrutu oraz ze złamanym skrzydłem. Właściciel ptaka, Robert Tregovan zajął się Mary i wkrótce wydobrzała. Przeżyła nawet nalot, gdy niemiecka bomba zniszczyła jej gołębnik.

Tomasz Wojciechowski

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Czworonożni (i nie tylko) żołnierze