Miasto - Tygodnik Koszaliński

Telefon zadzwonił po 13 latach

 Michał Rauchfleisch :: Fot: Archiwum prywatne

Michał Rauchfleisch, mieszkaniec Domu Miłosierdzia i wolontariusz w Kawie z Duszą, w połowie listopada oddał część siebie małej Czeszce. Kontakt z Fundacji DKMS był dla niego wielkim zaskoczeniem, bo do bazy potencjalnych dawców szpiku i komórek macierzystych zgłosił się dawno temu.

Pan Michał do Koszalina przyjechał z Pruszcza Gdańskiego. Ma za sobą bardzo trudne doświadczenia. Kiedy miał 21 lat, urodziło się jego pierwsze dziecko. Niestety, przyszło na świat o wiele za wcześnie, w szóstym miesiącu ciąży, i lekarze nie zdołali go uratować. Strata dziecka spowodowała u pana Michała odejście od Boga i Kościoła.

Nieco ponad rok temu znalazł się w Koszalinie. O istnieniu Domu Miłosierdzia dowiedział się na… gdańskiej plaży. Przyjechał tu, aby walczyć z problemem alkoholowym.
– Telefon z fundacji dostałem trzy miesiące przed pobraniem komórek macierzystych – opowiada. – Był on dla mnie zaskoczeniem, bo, chociaż pamiętałem, że jestem w bazie dawców, nie przypuszczałem, że po tylu latach ktoś się do mnie odezwie w tej sprawie. W dodatku nie podałem fundacji mojego nowego adresu, ale jej wolontariusze znaleźli mnie przez moją mamę. Dzień, w którym odebrałem telefon z fundacji, był o tyle ciekawy, że pół godziny wcześniej dostałem do kawy kartkę z cytatem, że nie dzieląc się dobrem z innym, nic nie zyskujesz. Nie wiedziałem, co Bóg mi chce przez to powiedzieć. No i szybko się przekonałem.
Pan Michał ma jeszcze sześcioletnią córkę. Ona też urodziła się jako wcześniak. Mieszkaniec Domu Miłosierdzia uważa, że to też znak do Boga, że jego komórki macierzyste uratowały życie rówieśniczce jego córeczki.

Badania, zastrzyki i… duma
Zanim pan Michał pomógł uratować życie 6-latce, przeszedł szczegółowe badania, zarówno w Koszalinie, jak i w Gdańsku, gdzie miał zabieg. Musiał też przez cztery dni robić sobie zastrzyki z czynnikiem zwiększającym produkcję osocza, co było nieprzyjemne, bo wywoływało ból kręgosłupa. Pan Michał podpisał zgodę na pobranie komórek macierzystych dwiema dostępnymi metodami: z krwi obwodowej i talerza kości biodrowej. Okazało się, że w jego przypadku, jak i u większości dawców, wykonana będzie ta pierwsza, bo zgodność jego komórek z komórkami biorczyni wynosi 98 procent. Oddanie komórek polegało na pobraniu krwi w uniwersyteckim centrum medycznym z jednej żyły, odwirowaniu osocza i komórek macierzystych, a następnie wstrzyknięcie krwi do drugiej żyły.

- Wszystko odbyło się sprawnie, a dwa dni później moje komórki dostała sześcioletnia dziewczynka z Czech – przyznaje pan Michał. - Teraz czekamy, czy przeszczep się przyjął. To potrwa do trzech miesięcy, czyli jeszcze dwa miesiące. Wyraziłem już zgodę na ewentualne ponowne oddanie komórek. Czuję się dobrze, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Ale jestem dumny, że mogłem komuś pomóc.

Wystarczy wymaz z policzka
Obecnie zapisanie się do bazy potencjalnych dawców szpiku komórek macierzystych jest dużo prostsze, niż jeszcze kilka lat temu, gdy trzeba było oddać próbkę krwi. Komórki szpiku pobierane były tylko z talerza z kości biodrowej, czyli pod narkozą. Teraz wystarczy specjalnym patyczkiem z watką pobrać wymaz z wewnętrznej strony policzka, wypełnić formularz dotyczący stanu zdrowia. Jeśli okaże się, że pozwala on na zostanie ewentualnym dawcą, pozostaje czekać na telefon z fundacji DKMS. Decyzja o zostaniu dawcą nie może być podjęta pod wpływem chwili, emocji, presji otoczenia, bo od niej zależy czyjeś życie i zdrowie.

– Dlaczego zapisałem się do bazy? – przypomina sobie pan Michał. – Mój kolega robił akcję pozyskiwania dawców w domu kultury w Pruszczu Gdańskim. To nie było właściwie specjalnie rozreklamowane, znane. Kiedy po tylu latach zadzwonił ten telefon, pomyślałem sobie: „O, to jednak działa!”.

Ewa Marczak

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Telefon zadzwonił po 13 latach