Miasto - Tygodnik Koszaliński

„Kolorowa, czyli biało-czerwona” – opowieść o sile manipulacji

Czy pod pięknie brzmiącymi patriotycznymi hasłami może kryć się nacjonalizm, ksenofobia, a nawet rasizm? Czy poprzez umiejętne stosowanie socjotechniki można kształtować poglądy innych ludzi? Na te pytania, a także na wiele innych odpowiedział monodram lubelskiej Fundacji Banina „Kolorowa, czyli biało-czerwona” autorstwa Piotra Przybyły, w reżyserii Bartłomieja Miernika i w znakomitym wykonaniu Huberta Dyla. Spektakl zaprezentowany został 1 czerwca w koszalińskiej Centrali Artystycznej.

Po raz pierwszy koszalinianinie mieli okazję obejrzeć głośny monodram „Kolorowa, czyli biało-czerwona” prezentowany na festiwalach i wystawiany na czołowych scenach teatralnych w kraju, a także w szkołach, jednostkach wojskowych, a nawet w więzieniach. I wszędzie spektakl budził niezwykle silne emocje, wpisując się ogólnonarodowy dyskurs o tym, co znaczy być polskim patriotą w czasach pokoju. Ten prowokacyjny i mocno kontrowersyjny spektakl zachęca również do definiowania często nadużywanych słów, takich jak „naród”, „tolerancja” czy „empatia”, oraz do zastanowienia się, gdzie przebiega cienka granica między patriotyzmem a nacjonalizmem i czy w porę potrafimy ją zauważyć.

Trzy dekady na ludowo

 Obchody 30-lecia Przedszkola nr 13 w Koszalinie :: Fot: Magda Pater

O tym, jak duży wpływ na dorosłego człowieka mają jego doświadczenia z dzieciństwa, można się było dowiedzieć podczas uroczystości okazji 30-lecia Przedszkola nr 13. Jedna z obecnie pracujących tam nauczycielek przyznała, że wybrała swój zawód dlatego, że chciała znów znaleźć się w placówce, do której chodziła, mając kilka lat.

Magdalena Żuromska, absolwentka Przedszkola nr 13 i nauczycielka, bardzo miło wspomina swój pobyt w placówce przy ul.Franciszkańskiej104. – To był szczęśliwy czas - dodaje. - Często tutaj wracałam, nie tyko wspomnieniami. Pamiętam dobrze zajęcia plastyczne, malowanie farbami przy sztalugach. W przedszkolu nauczyłam się podstawowych umiejętności, potrzebnych w późniejszym życiu. Pamiętam też życzliwość i otwartość pań. Po prostu zakochałam się w przedszkolu. Już wtedy zamarzyłam, że jeszcze tam wrócę. I udało mi się to.

Gdy choroba wytrąca z równowagi

 Podczas obchodów Światowego Dnia Stwardnienia Rozsianego :: Fot: Magda Pater

Światowy Dzień Stwardnienia Rozsianego, obchodzony od 10 lat, daje poczucie wspólnoty osobom chorym oraz ich bliskim. W Polsce na tę chorobę cierpi ok. 50 tys. osób. Pierwsze objawy pojawiają się najczęściej między 20. a 40. rokiem życia.

SM (łac. Sclerosis multiplex) to podstępna choroba o nieznanym pochodzeniu. Sprzyja jej klimat umiarkowany. Na razie nie ma na nią całkowicie skutecznego leku. Atakuje ośrodkowy układ nerwowy: kręgosłup, kończyny. Prowadzi do zaburzeń mowy, widzenia, niedowładów ciała. Dokładną diagnozę może postawić neurolog po zleceniu rezonansu magnetycznego.

Bohaterki na co dzień i od święta

 Od lewej: Franka, Lea i Ola :: Fot: Archiwum

W dobie fit matek, matek eko, matek fashionistek i matek celebrytek, trudno jest być po prostu mamą. Kobietą, która dwa tygodnie po porodzie nie ma idealnie płaskiego brzucha, nie zawsze jest wyspana i perfekcyjnie umalowana, ale mądrze kocha swoje dzieci i pokazuje im, że każda supermenka ma prawo do chwili słabości.

Mama spełniona
Nie zawsze było łatwo i przyjemnie. Za nią nieprzespane noce, kolki i ząbkowanie, rozbite podczas zabawy czoło, drzazga w stopie i wizyta w szpitalu spowodowana podejrzeniem, że dziecko napiło się chloru. Jednak Zosia Karbowiak, mama trzech córek, mówi o macierzyństwie w samych superlatywach, a uśmiech nie schodzi jej z twarzy. Najstarszą – dziś 19-letnią Olę – urodziła w wieku dwudziestu lat.  Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć wielodzietną rodzinę, żeby dosłownie obstawić się dzieciakami – podkreśla wokalistka i kompozytorka.

Koszalińska historia w dyby zakuta

 Kontenery :: Fot: Magda Pater

17 maja w Teatrze Propozycji „Dialog” otwarto wystawę „Koszalińska historia w dyby zakuta…” przygotowaną przez Archiwum Państwowe w Koszalinie. Tytuł brzmi niepokojąco, ale inaczej być nie może, skoro wyeksponowane dokumenty, fotografie, mapy i plany przybliżają mroczne karty z dziejów miasta.

- Nasza wystawa wpisuje się w obchody 60-lecia TP „Dialog”, który znalazł siedzibę w Domku Kata, kamienicy pochodzącej z XV wieku – powiedziała Joanna Woźniak z AP. – Chcieliśmy zaprezentować zachowaną w archiwaliach historię, może przerażającą, ale autentyczną. Jej elementem są dzieje kata miejskiego oraz mrożące krew w żyłach wspomnienia dotyczące procesów czarownic. Dziś w Domku Kata króluje piękne słowo. Ale z eksponowanych dokumentów wyłania się zupełnie inna historia i nic dziwnego, że przez wieki ta śliczna kamieniczka cieszyła się złą sławą. W XV wieku zbudowano dom z przeznaczeniem na mieszkanie dla rodziny kata miejskiego, który był wtedy po prostu urzędnikiem zatrudnionym przez koszalińską radę miejską. Od 1732 roku, przez co najmniej pięć pokoleń mieszkała tu rodzina Fuchsów.

Pamiętają o ojczyźnie

 Podczas promocji książki „W ringu ognia. Obrona lotniska w Ługańsku” :: Fot: Archiwum

Kiedy 5 lat temu na Ukrainie rozpoczął się konflikt zbrojny, Ukraińcy zaczęli masowo uciekać przed wojną do Polski. Wielu z nich osiedliło się w Koszalinie. Mówią po polsku, znaleźli pracę i zintegrowali się z tutejszą społecznością. Nie zapominają jednak o swoich korzeniach i ojczyźnie. W miniony weekend spotkali się, by poznać historię obrony lotniska w Ługańsku w 2014 roku.

Podczas spotkania odbyła się promocja książki „W ringu ognia. Obrona lotniska w Ługańsku”, czyli wspomnienia ponad 140 uczestników i świadków jednej z najbardziej tragicznych operacji na początku konfliktu zbrojnego między Rosją a Ukrainą. Anastazja Głotowa, jedna z autorek książki, była wolontariuszką podczas obrony międzynarodowego portu lotniczego w Ługańsku.

Czekają od 4 rano pod urzędem

 W oczekiwaniu na numerki... :: Fot: Magda Pater

Przybywa cudzoziemców w Polsce, również w Koszalinie. Najczęściej są to sąsiedzi zza wschodniej granicy. O pobyt stały starają się również mieszkańcy innych państw, np. USA. Od kilku miesięcy koszalińska delegatura Urzędu Wojewódzkiego może wydawać decyzje w sprawie pozwoleń na pracę. Petentów więc nie brakuje. Dostajemy jednak sygnały o jakości obsługi interesantów, która budzi zastrzeżenia.

Pani Marcelina (nazwisko do wiadomości redakcji) mieszka w Koszalinie z mężem pochodzącym ze Stanów Zjednoczonych. Kiedy już udało się im wziąć ślub w Polsce, mąż pani Marceliny stał się obywatelem Unii Europejskiej. W związku z tym musiał wyrobić dokumenty potwierdzające ten stan. Udał się więc do koszalińskiej delegatury po wyrobienie karty stałego pobytu. I tu doznał kulturowego szoku. – W wydziale obsługi osób zagranicznych, wszystkie komunikaty są w języku polskim – dziwi się pani Marcelina. – Nawet informacja o tym, że obowiązują numerki do kolejki i są wydawane o konkretnej godzinie. Dotykowy automat z informacjami także w całości jest w języku polskim.

Pożegnanie Walentyny Trzcińskiej

 Walentyna Trzcińska :: Fot: Prywatne archiwum W. Trzcińskiej

21 maja zmarła Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska – pisarka, tłumaczka, publicystka, krytyk teatralny, felietonistka, współzałożycielka wydawnictwa „Porthos” i dziennikarka związana prze wiele lat z Koszalinem. Odeszła niespodziewanie, przedwcześnie, w pełni sił twórczych. Niedowierzanie i szok…

Każdy, kto poznał Walę Trzcińską, był pod wrażeniem Jej ujmującej osobowości. Sympatyczna, kreatywna, pełna życzliwości dla całego świata, zjednywała ludzi ogromnym poczuciem humoru, budziła podziw swoją wiedzą, literackim talentem i wszechstronnością zainteresowań. Każdy, kto poznał Walę, po prostu musiał ją polubić!

Ja tam mieszkałam!

 Barbara Najmajer, była mieszkanka zielonego domu :: Fot: Magda Pater

Kilka tygodni temu w naszym cyklu „Zapomniany Koszalin” pisaliśmy o budynku przy pl. Wolności 4, obecnie zaniedbanym, straszącym odpadającymi tynkami i pordzewiałym dachem. Obiekt ma nowego właściciela, może będzie miał więcej szczęścia.

Po publikacji zgłosiła się do nas Barbara Najmajer, obecnie emerytka, która była… mieszkanką tego budynku i to przez wiele lat! Z pamięci rysuje rzut budynku i wskazuje, gdzie mieszkała ona, gdzie inni sąsiedzi, wewnętrzną komunikację. – Mieszkałam tam od września 1955 roku – zaczyna opowieść, - Dostałyśmy (bo mieszkałam z mamą) jeden pokój i kuchnię w oficynie. WC było na korytarzu. Nasze okna wychodziły na podwórze, ale co to było za podwórze! Pani Barbara wspomina, że był to ogród. Rosły tam trzy wspaniałe wiśnie, a wokół nich wiły się wysypane tłuczniem ceglanym ścieżki. – Pięknie owocowały te wiśnie – mówi. – Zrywaliśmy je i wszyscy się nimi dzielili.

Strona 6 z 1388

Oglądasz teraz: Start