Miasto - Tygodnik Koszaliński

Magia „Sosnowych Wzgórz”

 Joanna Łysiak i alpaka :: Fot: Magda Pater

To miejsce oczaruje każdego. Osiem hektarów bujnej zieleni, na których położone jest gospodarstwo agroturystyczne „Alpaki na Sosnowych Wzgórzach” w Sierakowie Sławieńskim zapewnia możliwość kontaktu z nieskażoną naturą, a także z przyjacielskim zwierzyńcem z uroczymi alpakami na czele. To również miejsce, w którym działa fundacja Hearts WorldWide prowadzona przez Joannę Łysiak. Misją fundacji przez kilkanaście lat było niesienie pomocy w rehabilitacji osób niepełnosprawnych. Dzięki fundacji wiele dzieci uwierzyło, że świat jest piękny…

Joanna Łysiak urodziła się z potrzebą pomagania ludziom. Już jako uczennica szkoły podstawowej otaczała opieką koleżanki i kolegów z domów dziecka. Przyszedł jednak czas, kiedy sama potrzebowała pomocy:
– Po studiach, będąc w ciąży, wyjechałam do Danii – wspomina. – Podczas badań kontrolnych duńscy lekarze stwierdzili, że moje dziecko urodzi się z porażeniem mózgowym i sugerowali przeprowadzenie aborcji. Nie zgodziłam się. Mój synek urodził się maleńki, ważył niewiele ponad kilogram. Z tą chwilą całe moje życie się zmieniło. Podjęłam heroiczną walkę o zdrowie dziecka, podróżowałam po świecie, spotykałam się z wybitnymi specjalistami, poznawałam tajniki medycyny niekonwencjonalnej, zdobywałam wciąż nowe wiadomości. I chociaż duńscy lekarze uznali mnie za „matkę niezrównoważoną psychicznie”, po prostu wierzyłam, że wszystko skończy się dobrze. I tak się stało. Dziś mój syn jest wspaniałym, zdrowym, doskonale funkcjonującym młodym mężczyzną. Bogatsza o nowe doświadczenia zapragnęłam podzielić się swoją wiedzą z rodzicami zmagającymi się problemami, które mnie, na szczęście, udało się pokonać.

Organy nie zamilkną!

 Bogdan Narloch podczas występu :: Fot: Magda Pater

Dzięki dotacji z Urzędu Marszałkowskiego, a także determinacji Filharmonii Koszalińskiej 54. Międzynarodowy Festiwal Organowy odbędzie się. Choć w zmienionej formie i nieco innej koncepcji programowej – organy w katedrze koszalińskiej oraz kilku innych kościołach w regionie zabrzmią jak zawsze latem.

– Inauguracja festiwalu zaplanowana jest na 3 lipca w katedrze koszalińskiej – zapowiada Robert Wasilewski, dyrektor Filharmonii. – Wystąpi flecista światowej sławy Łukasz Długosz, równie znakomity organista Roman Perucki i nasza orkiestra pod dyrekcją Jakuba Chrenowicza. Ogółem będzie dziewięć koncertów w katedrze oraz dwa w kościele w Jamnie. Poza Koszalinem – w Bobolicach, Szczecinku, Sarbinowie, Darłowie… czyli tam, gdzie organizujemy je od lat. Ale wciąż dogrywamy je organizacyjnie. Zwiększymy udział naszej orkiestry w koncertach festiwalowych. Myślę, że to urozmaici i wzbogaci program. Koncerty w Koszalinie są biletowane, poza – bezpłatne. Ze względu na sytuację prosimy na bieżąco sprawdzać na naszej stronie program i terminy poszczególnych koncertów.

Siostra rotmistrza

 Maria Pilecka :: Fot: polonica.com

W naszym mieście spoczywa Maria Pilecka, nauczycielka i bibliotekarka, a przede wszystkim siostra rotmistrza Witolda Pileckiego. Była pierwszym kierownikiem Powiatowej Biblioteki Publicznej w Koszalinie, zapamiętano ją jako działaczkę społeczną i kulturalną. Była prawdziwą damą, elegancką i o nienagannych manierach (ponoć piła kawę tylko w porcelanowej filiżance, co w dobie PRL-owskich szklanek z „koszyczkiem” musiało budzić niemałe zdziwienie).

Rodzina Pileckich miała pochodzenie szlacheckie i mogła szczycić się herbem Leliwa, a ich siedzibą rodową był majątek Starojelnia koło Nowogródka. Bardzo wiele wiadomo o życiu i bohaterstwie brata Marii Pileckiej, szlachetnego rotmistrza Pileckiego. Warto jednakże przybliżyć sylwetkę pionierki koszalińskiego biblitekarstwa. Była jedną z czwórki rodzeństwa Pileckich, urodziła się w 1899 roku w Pietrozawodsku. Maria Pilecka od zawsze czuła w sobie pociąg do książek, czytelnictwa, głód wiedzy. Uwielbiała przebywać w szkolnej bibliotece, miała też talent do przekazywania wiedzy innym. W latach 1930-1939 uczyła w szkole miejskiej w Lidzie. Nastała II wojna światowa. Maria Pilecka okres ten spędziła w Wilnie, a żeby mieć z czego żyć, utrzymywała się z lekcji prywatnych. Uczyła języka polskiego i języków obcych: rosyjskiego, niemieckiego, francuskiego. Opiekowała się też małymi dziećmi. Przez dwa miesiące była przetrzymywana przez NKWD w więzieniu w Łukienniszkach. Powodem było nie tylko jej „szlacheckie, pańskie” pochodzenie, ale również organizowanie potajemnego nauczania na poziomie szkoły średniej.

Bycie ojcem jest trudne

 Michał Kuryło z synem :: Fot: Magda Pater

Rozmowa z Michałem Kuryło, tatą 9-letniego Konrada i 9-miesięcznego Mateusza

Czy kiedy dorastałeś zostanie tatą było jednym z twoich marzeń, celów? Dla większości kobiet jest oczywiste, że założą rodzinę. Jak to jest u mężczyzny?
– Bycie ojcem nie było bezpośrednim celem. Chciałem mieć fajnych przyjaciół, ciekawą pracę, dziewczynę, z którą z czasem stanąłbym na ślubnym kobiercu, a dom wyobrażałem sobie jako schronienie i nie stanowiło to dla mnie synonimu rodzinny. Mężczyzna do roli taty dojrzewa powoli i z każdym rokiem coraz bardziej pragnie mieć dzieci.

Kiedy pierwszy raz poczułeś, że faktycznie jesteś tatą?
– Wspólnie z żoną uczestniczyłem w zajęciach szkoły rodzenia, byłem również na badaniach USG i widziałem wierzgające nóżki synka, ale ojcem poczułem się znacznie wcześniej, gdy żona, nic nie mówiąc, lecz dając mi w prezencie buciki dla niemowląt, przekazała mi informację, że jest w ciąży.

Czy mężczyźnie trudniej przyzwyczaić się do roli taty niż kobiecie do roli mamy, bo ona ma na to okres ciąży?
– Przygotowanie się do roli ojca przypomina mi trochę przygotowanie się aktora do roli filmowej. Tak jak aktor czyta scenariusz, tak ja czytałem poradniki. Tak jak aktor przygotowuje się do realizacji scen, tak ja uczyłem się jak zmieniać pieluchę czy myć noworodka. Uważam, że mężczyzna, mimo że nie nosi ciąży, to towarzyszy żonie w tej emocjonującej podróży i podobnie jak ona stresuje się i oczekuje z obawą, ale i ekscytacją na nowy rozdział w ich życiu.

Specjalistka od reanimacji mebli

 Agnieszka Dąbrowska :: Fot: Magda Pater

Kobieta ściskająca w jednym ręku papier ścierny, a w drugiej ramę zabytkowego lustra to widok nieczęsty. Stolarstwo i renowacja mebli kojarzą się raczej z sympatycznym panem Jurkiem z wąsem niż z uroczą panią w sukience. To branża zdominowana przez mężczyzn, ale jak zwykle od zasady zdarzają się wyjątki. W Koszalinie od lat działa pani Agnieszka Dąbrowska, dla której szlifierka, hebel czy bejca to taka sama codzienność jak obietnica dla polityka. Z tym że ze słów tego ostatniego zwykle pozostaje wielkie nic. Z pracą pani Agnieszki jest zgoła odwrotnie, bo stare meble, które poddaje renowacji zyskują piękne „Coś” i to przez duże „C”. Z bohaterką wywiadu poznaliśmy się przez moich kolegów, którzy dłuższy lub krótszy czas działali w jej pracowni znanej jako „Nowe Retro”. Wszyscy twierdzili, że kocha dawać nowy blask starym meblom i jest szczęściarą, bo praca jest jej pasją – a to sytuacja zdecydowanie nieczęsta.

Witaj. Kobiety w twoim fachu to rzadkość, prawda?
– Faktycznie, jak zaczynałam, to byłam takim kuriozum. Często jak do pracowni wchodził klient, to pierwsze, o co pytał, to gdzie jest szef. Było to na pewno zabawne, ale po latach zdziwionych osób jest już na pewno mniej, ale czasem się jeszcze zdarzają. W ogóle jeżeli chodzi o kobiety w tej branży, to w pewnym sensie chyba płeć pomaga, bo jesteśmy raczej większymi estetkami niż mężczyźni. Ważne jest też to, by w głowie pokonać taką barierę myślenia o samych sobie, że jakieś techniczne rzeczy czy obsługa elektronarzędzi są poza naszym zasięgiem. I to się coraz częściej udaje. To wszystko jest dla ludzi, a kobieta to też przecież człowiek (śmiech).

A jak to było z tą twoją miłością do pracy z drewnem? Przypadek czy pasja od dziecka?
– Chyba raczej przypadek. Jestem koszalinianką, mieszkam tu od urodzenia z małymi przerwami. W 1996 roku ukończyłam tutaj liceum sztuk plastycznych. Pamiętam, że dyplom robiłam z wystroju wnętrz. I to był ewenement, bo takiego kierunku u nas w szkole nie było, ale ja się uparłam, wywalczyłam swoje i pozwolono mi na zrobienie takiej pracy. Cieszyłam się, że się udało, bo chciałam zrobić coś, co mnie interesowało.

Praca w biurze to nie moja bajka

 Emilia Białas :: Fot: Magda Pater

Bycie kierowcą autobusu to dość ciężki kawałek chleba. To odpowiedzialne i niełatwe zajęcie, na które decydują się nieliczni – w zdecydowanej większości mężczyźni. Statystyka nie kłamie – kobiety to jedynie kilka procent ogólnej populacji kierowców miejskich autobusów, choć stopniowo pań za kółkiem pojazdów komunikacji publicznej zaczyna przybywać. Jeszcze kilkanaście lat temu plotki o „babie za kółkiem” autobusu były traktowane jak te z kategorii „Elvis żyje – widziano go na plaży w Gąskach”. Dziś to widok coraz częstszy (oczywiście nie mam na myśli Elvisa). W koszalińskim MZK za sterami autobusów zasiada obecnie kilka pań i do tego stanu rzeczy pasażerówie powoli zaczynają się przyzwyczajać. Z jedną z nich – Emilią Białas – udało mi się porozmawiać. Jak mówi, miłość do autobusów odziedziczyła po tacie, który był także kierowcą i również pracował w koszalińskim Miejskim Zakładzie Komunikacji.

Witam serdecznie.
– Dzień dobry. Od razu uprzedzam, że nie mam za dużo czasu, bo niedługo rozpoczynam kurs (śmiech).

Postaram się streszczać, żeby nie kazać pasażerom czekać, bo jest zimno (śmiech). Jest pani rodowitą koszalinianką?
– Dzieciństwo przeżyłam niedaleko, bo w Mścicach, ale od dłuższego czasu mieszkam w Koszalinie, więc można powiedzieć że jestem stąd.

A co panią „wywiało” do Koszalina?
– Trudno powiedzieć że wywiało, bo to przecież tylko kilka kilometrów. Na pewno najpierw szkoła, bo po podstawówce poszłam do „ekonoma”. Wybrałam profil pracownik administracyjno-biurowy, bo wtedy byliśmy województwem i pracy w administracji było sporo. W trakcie nauki się to zmieniło i jak ukończyłam szkołę, było już zachodniopomorskie. Mam za sobą też studia z administracji państwowej.

Sushi – tajemnica długowieczności?

 Sushi wykonane przez Michała Jaworskiego :: Fot: Grzegorz Milej

Nim ta potrawa dotarła do nas, jej podstawowy składnik znaliśmy w czterech, może pięciu wcieleniach. Był to: ryż na mleku, na sypko, w farszu gołąbków i jako dodatek do zupy pomidorowej. I na koniec – kleik ryżowy podawany w razie zatrucia pokarmowego.

Odmiana ryżu nie miała żadnego znaczenia. Ryż to ryż, podłużne, białe ziarenka o delikatnym, orzechowym smaku. Aż zachwyciliśmy się japońskim daniem nazywanym sushi. Okazało się, że potrzebny tu będzie specjalny ryż, kleisty. Dziś łatwo go kupić – w sklepach często tak się właśnie nazywa – „ryż do sushi”. To ryż biały i krótkoziarnisty. I już możemy przyrządzić potrawę, by uczcić 18 czerwca Międzynarodowy Dzień Sushi, o czym przypomina kalendarz Świąt Nietypowych. Potrawa ma swoich zagorzałych zwolenników, umiarkowanych entuzjastów i tych, na których nie robi specjalnego wrażenia. W Polsce na stosunek do sushi negatywnie wpływa zakorzeniony zwyczaj niejedzenia surowych ryb jako niebezpiecznych dla zdrowia. Ryba to produkt niezwykle krótkotrwały. A dziś, wobec zatrucia oceanów – może być niebezpieczna.

Tworzymy wspólnotę mieszkańców

 Prezydent Koszalina Piotr Jedliński :: Fot: Magda Pater

Rozmowa z Piotrem Jedlińskim, prezydentem Koszalina

Cofnijmy się najpierw do roku 1990. Co zajmowało pana podczas pierwszych wolnych wyborów w Polsce?
– Podczas wyborów w 1990 roku kończyłem studia i skupiałem się na tym, aby dopiąć ten etap swojego życia. Nie jest jednak tajemnicą, że swój głos oddałem na ekipę związaną z „Solidarnością”. To był powiew świeżości i nadzieja na nowe rozdanie, które miało przynieść zmiany w Polsce. Na szczęście, tak się stało. Jednym z wyznaczników tej dobrej drogi jest samorząd, który ukształtował się wkrótce po tym, jak PRL przeszedł z teraźniejszej rzeczywistości na karty historii.

Na giełdę nie ma silnych

 Giełda :: Fot: Magda Pater

Jeśli na niedzielną giełdę zajrzałby ktoś, kto nie wie nic o pandemii – pomyśleć by mógł, że w Koszalinie zdarzają się ludzie dbający o zdrowie i zasłaniają usta przed zanieczyszczonym powietrzem.

Wśród prawdziwych tłumów sunących wzdłuż trzech alejek handlowych oraz buszujących na stoiskach ze starociami maseczki nosiła mniej niż połowa osób. Podobnie było wśród sprzedawców, choć niektórzy używali nawet przyłbic. Przy jednym z bardzo popularnych stoisk z przyrządzanym na miejscu jedzeniem sztućce można było brać własnymi rękami ze stojących przy kasie pojemników. Ale to było zarazem jedno z bardzo niewielu miejsc, gdzie można było sobie odkazić dłonie. Giełdę otwiera rozległy „pchli targ”, gdzie z płachty lub z kartonów można kupić wszystko to, czego ktoś już nie potrzebuje, a my nie wiemy, że to czeka na nas. Pokryte rdzą narzędzia, naczynia z „prawdziwej porcelany”, nieco tylko wyszczerbione, zaczytane książki, ciuchy i biżuteria vintage kusiły i znajdowały nabywców. To raj dla kolekcjonerów – i to z obu stron lady. Waldemar Sołek, na co dzień związany ze sportem, na giełdę przychodzi zaprezentować swoje zbiory odznak, proporczyków i szalików, również o sportowej tematyce. – Brakowało mi giełdy, bo to zawsze się jest wśród ludzi. Cieszę się, że giełda wróciła, i to taka, jaka była przed pandemią.

Strona 6 z 1412

Oglądasz teraz: Start